Artykuł z Gazety Wyborczej

gaz

Dylemat, jak zaopiekować się starszym lub niesamodzielnym członkiem rodziny, dotyczy bardzo wielu osób. Aktywne zawodowo dzieci, często mieszkające z dala od podupadających na zdrowiu rodziców, nie są w stanie sprostać takiemu wyzwaniu. Jak w takiej sytuacji pomóc bliskim w ich codziennych zmaganiach ze słabością?

Rozmowa z Walentym Berezą, założycielem firmy Servitum i Anną Gliniecką pielęgniarką, odpowiedzialną w firmie Servitum za rekrutację.

Beata Bialik: Servitum to tylko biznes, czy stoi za tym jakaś wyższa idea?

Walenty Bereza: To biznes, który robi wiele dobrego. Zapotrzebowanie na tego typu opiekę, jaką świadczymy, jest ogromne. 90 procent naszych pacjentów to osoby starsze i chore. To także młodsi pacjenci onkologiczni, po udarach bądź ze stwardnieniem rozsianym. Ludzi potrzebujących wsparcia będzie coraz więcej. Jeśli państwo nie zmierzy się z tym problemem społecznym, to w najbliższych latach będzie on narastał. A pomysł na firmę był prozaiczny: chciałem po 20 latach wyjść z korporacji. I fajnie było zrobić coś potrzebnego. Nie była tu potrzebna specjalna analiza rynku, by odkryć, jak opieka nad starszymi osobami jest w Polsce potrzebna. Początkowo nie było łatwo, popełnialiśmy błędy, nie mając doświadczenia w branży, ale – jak widać – nauka przyniosła efekty. Obecnie działamy w Krakowie i na Górnym Śląsku, niebawem otwieramy kolejne oddziały w dwóch dużych miastach Polski.

To niełatwy i delikatny biznes. Jakie trudności napotykali państwo w początkach działania firmy?

W.B.: Mocno zaskoczył nas rozmiar szarej strefy – to, jak wiele osób świadczy proponowane przez nas usługi na czarno, bez przygotowania. My stawiamy na jakość. Jako firma posiadamy certyfikat ISO, stosujemy ostrą selekcję w momencie zatrudniania opiekunów. Równie zaskakujący był dumping cenowy na rynku, ale i w tej kwestii staraliśmy się być konsekwentni, proponując usługi warte swojej ceny. Pojawiają się projekty, aby dodatek senioralny nie był wydawany z automatu, żeby zwiększyć jego wysokość i dawać osobom naprawdę potrzebującym. To w dużym stopniu załatwiłoby sprawę w przypadku opieki dochodzącej, której poziom byłby odpowiedni. Duże pieniądze straciliśmy także przez nieznajomość przepisów NFZ, bo zainwestowałem w kontrakt, którego mimo wielu starań w końcu Fundusz nie sfinansował.

Rekrutacja pracowników to oczywiste, ale czy zdarza się państwu rekrutować także pacjentów?

W.B.: Zanim z kimkolwiek podejmiemy współpracę, robimy rozpoznanie w domu pacjenta i jeśli to możliwe, staramy się z nim rozmawiać o jego potrzebach. Takie wizyty przeprowadza pani Ania. Jeśli jest cokolwiek niepokojącego, konsultujemy się z lekarzami, aby to zweryfikować. To często dotyczy osób z niepełnosprawnością umysłową lub z zaawansowanym alzheimerem. W takich wypadkach poza bezpieczeństwem pacjenta równie ważne jest bezpieczeństwo pracowników. Czasem wolimy nie ryzykować. Staramy się dostosowywać do obu stron, w przypadku alzheimera często dochodzi aktywność nocna. Wiadomo, że żaden z pracowników nie da rady czuwać przy pacjencie każdej nocy, jeżeli w grę wchodzi opieka całodobowa. W takich przypadkach staramy się zmieniać opiekunów co kilka dni.

W przypadku takiej opieki o jakich kosztach mówimy?

W.B.: Koszty opieki z zamieszkaniem wynoszą 2800, oczywiście ta kwota nie uwzględnia jedzenia czy leków. Proszę jednak pamiętać, że my działamy kompleksowo, dlatego ma to swoją cenę. Dla osób starszych ważne jest funkcjonowanie w znanym im środowisku, gdzie znają każdy kąt, w to samo miejsce odkładają ulubiony kubeczek, gdzie często żyją w towarzystwie psa albo kota, których do DPS-ów nikt zabrać im nie pozwoli. Warto zauważyć, że koszty większości prywatnych placówek przewyższają nasz cennik. Nie muszę chyba dodawać, że tak fachową opieką nie mógłby pochwalić się DPS, tam na jedną opiekunkę przypada kilkunastu pacjentów. Nawet jeśli nasz pracownik nie pracuje w dosłownym sensie przez całą dobę, to jednak zasób troski i uwagi, jaki może poświęcić choremu, jest znacznie wyższy.

Kompleksowa opieka – co to oznacza w praktyce?

W.B.: My rozwiązujemy wszystkie problemy dnia codziennego naszych podopiecznych. Jeśli zatka się toaleta albo zepsuje się żarówka, to także jest nasz problem. Załatwiamy współpracę z NFZ w imieniu pacjentów, domowe hospicjum i wizyty, także transport ze szpitala do domu. Nasze działanie często przyspiesza tego typu usługi. Współpracujemy także z wypożyczalniami sprzętu medycznego, zapewniamy fachową rehabilitację domową.

Anna Gliniecka: Może opowiem na przykładzie. Niedawno nasza opiekunka zadzwoniła, że pękła rura w łazience i nie działa światło. W takich sytuacjach bierzemy to na siebie. Wyszukujemy firmy naprawcze, oczywiście mając na uwadze także aspekt finansowy. Pracę fachowców nadzorujemy osobiście. Często pomagamy w dostosowaniu mieszkania dla osób po urazach. Ludzie nie wiedzą, co jest potrzebne, nie znają się na specjalistycznym sprzęcie, my im doradzamy. To często działanie czysto edukacyjne, podpowiedź, co zrobić w danej sytuacji.

Domy opieki nie cieszą się najlepsza opinią, oddawanie do nich bliskich budzi często kontrowersje. Czy spotykają się państwo z obawami, brakiem zaufania ze strony rodzin waszych podopiecznych?

W.B.: Znam wiele dobrych DPS-ów, nie można generalizować. Oczywiście, że rodziny się martwią, czasem mieszkają daleko. Mieliśmy podopiecznego, którego bliscy na stałe przebywali w Nowym Jorku, w takim wypadku trudno o weryfikację naszych działań. Zawsze znajdzie się jakiś dalszy znajomy lub zatroskani sąsiedzi będący na miejscu. Ludzie nas sprawdzają i mają do tego prawo. Nigdy zresztą nie bagatelizujemy takich sygnałów, reagujemy od razu, zawsze można coś robić lepiej. Przede wszystkim staramy się dobierać ludzi odpowiednich do siebie. Opiekunka musi pasować do swojego pacjenta także charakterologicznie, muszą zwyczajnie dobrze się ze sobą czuć.

A.G.: Bliscy są dla nas najważniejszym źródłem informacji. Jeśli mam 86-letniego pacjenta, który ma alzheimera, to niestety często muszę brać poprawkę na to, co mówi. Jesteśmy z tymi osobami w stałym kontakcie. Często zabieraliśmy pacjentów z domów pomocy społecznej. Pamiętam pewne małżeństwo, które za wszelką cenę chciało wrócić do domu, po trzech miesiącach w DPS byli w depresji, podupadali na zdrowiu, wszystko wróciło do normy, gdy we własnym domu trafili pod naszą opiekę.

Jaki powinien być idealny opiekun?

W.B.: Te formy opieki są bardzo różne. Na przykład w wypadku osoby sprawnej, ale mającej zaniki pamięci, nie potrzebujemy wykwalifikowanego opiekuna medycznego, wystarczy, że taka osoba ma udokumentowane doświadczenie pracy w tym charakterze. To po prostu musi być osoba towarzysząca, empatyczna, taka, która potrafi nawiązać dobry kontakt z pacjentem. Do cięższych przypadków zawsze wysyłamy osoby mające przygotowanie medyczne.

A.G.: Dla mnie nie są najważniejsze papiery. Najważniejsze jest to, czego nie da się nazwać. To musi być osoba ciepła, przede wszystkim cierpliwa, musi umieć słuchać. To najważniejsze rzeczy przy osobach starszych. Dlatego dobór opiekunów prowadzimy bardzo indywidualnie. Czasem dla pacjenta pracują różne osoby, bo jedna jest żywa, energiczna i świetnie sprawdza się w obsłudze chorego, a druga potrafi z nim być.

W naszej rozmowie często pada słowo „opiekunka”. Czy obecność mężczyzn w tym zawodzie jest częsta?

A.G.: Oczywiście. Faceci świetnie się w tej pracy sprawdzają, są niezwykle rzetelni. Wszyscy opiekunowie są bardzo chwaleni przez podopiecznych. Problem pojawia się w przypadku toalety, większość kobiet nie zgadza się na to, by mył ją mężczyzna, ale jeśli uda nam się do tego przekonać pacjentkę, to recenzje są entuzjastyczne. Jedyna wada opiekunów facetów to to, że są straszliwie gadatliwi. Jestem więc na bieżąco z rozkładem dni ich pacjentów, bo każdy codziennie stara mi się to streścić przez telefon.

Poza medycznym aspektem, co jest najtrudniejsze w pracy opiekuna z czysto ludzkiego punktu widzenia?

A.G.: To przede wszystkim ciężka fizyczna praca, szczególnie w wypadku osób leżących, wymiana pościeli, kompleksowa toaleta. Aby podnieść człowieka, potrzeba sporej siły. Większość ludzi tego nie dostrzega, dla nich to „przyjdziesz, umyjesz, zmienisz”, ale to nie jest kilkukilogramowe dziecko, lecz dorosły człowiek, niekiedy dość ciężki.

To praca z drugim człowiekiem, wielogodzinna, często całodobowa, trudno nie zżywać się z drugim człowiekiem. Jak radzą sobie z tym opiekunowie?

A.G.: Trudno się dystansować. Sama jestem pielęgniarką, po pierwszym zgonie pacjenta ryczałam w poduszkę przez całą noc. Na studiach uczono mnie, że nie można się przywiązywać, ale to niemożliwe. Często opiekunki mówią: „Ania, już nie mogę”, ciężko przechodzą powolne odchodzenie podopiecznego. Dużo rozmawiamy z takimi pracownikami, gdy jest naprawdę źle, na kilka dni ktoś inny zastępuje go w pracy, by dać oddech, pozwolić na dystans. Ale nie można się odczłowieczyć, jeśli widzę, że opiekun działa mechanicznie, kończymy współpracę. To biznes, ale zawsze widzimy w nim człowieka.